"- Czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa wilki. Jeden jest pełen złości i nienawiści. Drugi przepełniony jest miłością i pokojem.
- Który zwycięży?
- Ten, którego karmię."
Nastał wrzesień, a wraz z nim życie wróciło do Hogwartu. Zamek znajdujący się w niedostępnej części Szkocji na nowo wypełnił się młodymi adeptami magii, zarówno tymi nowymi, jak i stałymi bywalcami. Wszystko wyglądało tak jak w poprzednich latach - czyli jak być powinno. Nic nie wskazywało na to, że najbliższe miesiące odmienią życie dwójki ludzi z ostatniego roku.
***
Szybko uporał się ze śniadaniem. Chciał mieć to już z głowy. Mimo że niektórych ludzi znał już sześć lat, nie miał ochoty się z nimi widzieć przez najbliższy czas. Wstał i nie odzywając się do nikogo, ruszył pewnym krokiem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Nim wyszedł z niej, odruchowo kątem oka spojrzał w bok na grupkę Ślizgonek, które obrały sobie jego postać jako główny temat rozmowy. Odrobinę za głośno zaczęły komentować jego dobrze zbudowaną sylwetkę i ironicznie porównywały blond włosy arystokraty z tłustymi kłakami Snape'a. Jednak nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. W sumie już na pierwszej klasie miał spore grono fanek, które powiększało się z roku na rok. Wtedy jeszcze mu to imponowało, teraz powodowało to u niego ataki frustracji i irytacji. Wydoroślał i zmienił swoje priorytety a wraz z tym podejście do życia i innych spraw. Za wyjątkiem jednej: Sprawa "HG", co oznaczało "Hermiona Granger". Jego metody męczenia i znęcania się nad siedemnastoletnią Gryfonką wciąż pozostały takie same. Każdy mógłby potwierdzić, że on i Hermiona byli wielkimi przeciwieństwami. Ich nienawiść zaistniała już w pierwszym dniu szkoły i mogła być przedstawiana jako najlepszy przykład w słowniku.
Jednak coś w nim tknęło. W sumie była jedyną dziewczyną, która nie miała żadnych sentymentów do blondyna. Nie chciała go widzieć, tak jak on nie chciał widzieć jej, ale nie było dnia bez szamotaniny i wymiany słów. Może rano było jeszcze spokojnie, ale potem emocje sięgały zenitu i kończyło się na kilku wizytach w Skrzydle Szpitalnym.
Chrzanienie.
Ta szlama nic go nie obchodziła. Nie miał zamiaru zmieniać scenariusza, który był pisany przez życie. Mimo iż ten rok dopiero się zaczynał, dla młodego Malfoy'a był już ściśle określony. Oprócz zastanawiania się nad miłością swojego życia, nie robił nic. Ale i tego w końcu zaczął mieć dość.
Popatrzył się przez chwilę na stół Gryffindoru. Cały czas było słychać niepohamowany gwar i tabuny śmiechu. Bliźniacy opowiadali jakąś historię, po czym niemal natychmiast wszyscy Gryfoni zaczęli chichotać. Zauważył ją. Również śmiała się z wybryków Freda i George'a, jednak nadal była wpatrzona w wielkie tomiszcze, zapewne z transmutacji. Jej włosy koloru dojrzewających w słońcu kasztanów dosłownie odbijały się w kulistych żyrandolach. Przez ułamek sekundy oderwała wzrok od księgi i popatrzyła się swoimi miodowymi oczami na Ślizgona. Ten uniósł głowę do góry, jakby udawał, że nie widział tego spojrzenia. Widocznie nie chciał utrzymać kontraktu wzrokowego z Gryfonką. Spokojnie (i ponownie) zwrócił się ku wyjściu z Wielkiej Sali.
Zastanawiał się, jak Granger mogła wyrosnąć z przemądrzałej kujonicy w olśniewająco piękną, młodą kobietę, która mogłaby złamać niejedno męskie serce. Tymczasem ona wciąż nieświadoma swoich możliwości, całe swoje życie poświęcała nauce i przyjaciołom. Marnowała się tu. W końcu była nieczystej krwi, nie miała zapewnionej przyszłości, domku z widokiem na morze, a w tle "happy end". Ładna czy nie - dla niego nadal pozostawała bezwartościową szlamą.
Przyjrzał się dokładniej. Zgrabna figura, kasztanowe włosy i te oczy przepełnione iskierkami szczęścia...
Uśmiechnął się z satysfakcją. Mógłby się kąpać w oceanie łez, które przez niego wylała. Niczego tak nie kochał jak patrzenie na zranioną Gryfonkę, która po szamotaninie i wymianie słów ucieka.
Wyprężył się i z dumą oraz pewnością zwrócił się ostatecznie w stronę korytarza prowadzącego do lochów.
***
Oderwała się od książki i ukradkiem dostrzegła skrawek szkolnej szaty znikający za głównymi drzwiami Wielkiej Sali. Nie musiała się nawet zastanawiać. Od razu domyśliła się, kto jest jej właścicielem.
Zastanawiał się, jak Granger mogła wyrosnąć z przemądrzałej kujonicy w olśniewająco piękną, młodą kobietę, która mogłaby złamać niejedno męskie serce. Tymczasem ona wciąż nieświadoma swoich możliwości, całe swoje życie poświęcała nauce i przyjaciołom. Marnowała się tu. W końcu była nieczystej krwi, nie miała zapewnionej przyszłości, domku z widokiem na morze, a w tle "happy end". Ładna czy nie - dla niego nadal pozostawała bezwartościową szlamą.
Przyjrzał się dokładniej. Zgrabna figura, kasztanowe włosy i te oczy przepełnione iskierkami szczęścia...
Uśmiechnął się z satysfakcją. Mógłby się kąpać w oceanie łez, które przez niego wylała. Niczego tak nie kochał jak patrzenie na zranioną Gryfonkę, która po szamotaninie i wymianie słów ucieka.
Wyprężył się i z dumą oraz pewnością zwrócił się ostatecznie w stronę korytarza prowadzącego do lochów.
***
Oderwała się od książki i ukradkiem dostrzegła skrawek szkolnej szaty znikający za głównymi drzwiami Wielkiej Sali. Nie musiała się nawet zastanawiać. Od razu domyśliła się, kto jest jej właścicielem.
Draco Malfoy.
Człowiek, który wywoływał u niej tyle negatywnych emocji w jeden dzień niż wszyscy uczniowie i nauczyciele razem wzięci przez rok. Nienawidziła go całym sercem, od pierwszego spotkania. Teraz ciężko jej było przypomnieć sobie, jak to w ogóle się potoczyło. Wiedziała jednak, że wystarczyło ich jedno spojrzenie prosto w oczy by oboje zrozumieli, że będą największymi wrogami w tej szkole. Westchnęła głęboko, w ten sposób komentując swoje myśli. Ile to już razy ją zranił? Nadęty, zbyt pewny siebie arystokrata. W Hogwarcie Hermionę uważano za silną i odważną dziewczynę, jednak Malfoy zawsze skutecznie pokazywał, jaka jest bezbronna i słaba. Jego raniące słowa zostawiały większe blizny niż rany na ciele. Wciąż obiecywała sobie, że po raz ostatni dała mu tą satysfakcję. Na próżno.
Spojrzała raz jeszcze w stronę drzwi, chłopaka jednak już nie było. Nie miało to teraz wielkiego znaczenia. Jednak mimo swojego uporczywego charakteru, Ślizgon miał w sobie to coś, co ją pociągało. Stalowe, niebieskie oczy. Tak. One przyciągały Gryfonkę, ale też jednocześnie przerażały. Dla wszystkich arogancki i nieczuły, ale też przez wszystkich szanowany. Nie mogła tego zjawiska do końca zrozumieć.
Człowiek, który wywoływał u niej tyle negatywnych emocji w jeden dzień niż wszyscy uczniowie i nauczyciele razem wzięci przez rok. Nienawidziła go całym sercem, od pierwszego spotkania. Teraz ciężko jej było przypomnieć sobie, jak to w ogóle się potoczyło. Wiedziała jednak, że wystarczyło ich jedno spojrzenie prosto w oczy by oboje zrozumieli, że będą największymi wrogami w tej szkole. Westchnęła głęboko, w ten sposób komentując swoje myśli. Ile to już razy ją zranił? Nadęty, zbyt pewny siebie arystokrata. W Hogwarcie Hermionę uważano za silną i odważną dziewczynę, jednak Malfoy zawsze skutecznie pokazywał, jaka jest bezbronna i słaba. Jego raniące słowa zostawiały większe blizny niż rany na ciele. Wciąż obiecywała sobie, że po raz ostatni dała mu tą satysfakcję. Na próżno.
Spojrzała raz jeszcze w stronę drzwi, chłopaka jednak już nie było. Nie miało to teraz wielkiego znaczenia. Jednak mimo swojego uporczywego charakteru, Ślizgon miał w sobie to coś, co ją pociągało. Stalowe, niebieskie oczy. Tak. One przyciągały Gryfonkę, ale też jednocześnie przerażały. Dla wszystkich arogancki i nieczuły, ale też przez wszystkich szanowany. Nie mogła tego zjawiska do końca zrozumieć.
Jego duma, szyk, elegancja i pewna postawa podkreślały jego arystokratyczne korzenie. Dla niej zawsze był, jest i będzie tylko zakochanym w sobie dupkiem. Na samym początku przygody w Hogwarcie myślała, czy w tym Malfoy'u znajduje się chociaż krzta zrozumienia i współczucia czy szacunku.
Wróciła do lektury, jednak o dziwo nie mogła się skupić. Jej chaotyczne myśli wciąż krążyły wokół postaci przywódcy Slytherinu. Znudzona już gwarem i hukiem Wielkiej Sali, oznajmiła, że idzie do dormitorium. Wzięła tomiszcze i udając Dracona, z godną postawą skierowała się w stronę korytarza.
***
Do pierwszych zajęć, rozpoczynających oficjalnie ostatni rok jej nauki w Hogwarcie, zostało piętnaście minut. Kątem oka spojrzała na plan dzisiejszych zajęć i jęknęła. Dzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie. Zaczynał się od Eliksirów z nielubianym profesorem Snape'em, dodatkowo w towarzystwie wielu nielubianych Ślizgonów (w ogóle są jacyś lubiani? - pomyślała). Nie mogła się powstrzymać przed grymasem na twarzy, który zauważyła w lustrze. Wyrażał on niezadowolenie i potrzebę wewnętrznego buntu. Wielce zamyślona, z planu przerzuciła wzrok na Hogwarckie błonia. Krajobraz malujący się przed jej oczami był piękny i uspokajający. Wszystkie złe myśli wyparowały w jednej chwili. Wczesna jesień sprawiła, że błonia wyglądały wręcz cudownie. Wciąż nie mogła uwierzyć, że dwa dni temu wakacje się skończyły i znów tu wróciła. Mimo faktu, że to był jej ostatni rok w Hogwarcie, a zapowiadał się na naprawdę pracowity, była przyjaźnie do niego nastawiona.
Podświadomie uśmiechnęła się na wspomnienie Balu Bożonarodzeniowego. Właśnie wtedy, po raz pierwszy poczuła się jak prawdziwa kobieta. A wszystko przez jedną osobę, z którą widziała się tak krótko, a zmieniła jej całe życie.
Wiktor Krum.
Jako pierwszy zauważył w Hermionie coś, czego inni nie dostrzegali. Przystojny, wysportowany, z wielkim gronem adoratorek, a zwrócił uwagę na nią - na mola książkowego.
Spokojnie oparła głowę o zimną szybę w swoim dormitorium. Żałowała, że nie zabrał jej ze sobą. Jednak w sumie ciągle utrzymywali kontakt: pisała do niego wiele listów, i tyle samo ich otrzymywała od niego. Nie mogła zbytnio narzekać. Znalazła w nim swojego przyjaciela. Były takie noce, gdy rozmyślała nad nim - czy mógłby być dla niej kimś więcej? Potem jednak uświadamiała sobie, że sama w pewnym stopniu mu na to nie pozwoliła. On wyjechał, a ona nie dała mu powodów, by wrócił.
Z biegiem czasu zaczęła żałować, że to się tak potoczyło, ale nie potrafiła już tego zmienić.
- HERMIONA!
Z rozmyśleń wyrwał ją krzyk podenerwowanego Rona dobiegający z Pokoju Wspólnego. Szybko oderwała się od zaparowanej szyby i potrząsnęła lekko głową. Tym razem usłyszała słowa Harry'ego:
- Co ty tam robisz?! Szybko, bo zaraz spóźnimy się na zajęcia!
Chwila nostalgii minęła tak szybko jak się pojawiła. Wzięła do rąk najpotrzebniejsze rzeczy i wystrzeliła z sypialni niczym torpeda.
- Ostatni stawia piwo! - krzyknęła do zdezorientowanych chłopaków i już jej nie było.
***
Było już późne popołudnie, kiedy młody dziedzic niezliczonej fortuny rodziny Malfoy'ów przemierzał opustoszałe już korytarze Hogwartu. Dzisiejsze Eliksiry z Gryfonami były dla niego udręką. Cały czas nudna gadanina o różnych składnikach, które można znaleźć tylko w Zakazanym Lesie. "Po co to komu?!" - zastanawiał się. Mimo tego, humor lekko mu się poprawił, ponieważ ktoś z Gryfonów rozlał kocioł z niebezpiecznym eliksirem na nogę Snape'a. Znawca eliksirów wraz ze swoją dziesięć razy grubszą nogą odjął Gryffindorowi 50 punktów.
Cisza i spokój. Dwa słowa, które teraz najbardziej się dla niego liczyły. Nie zwracając uwagi na otoczenie, począł rozmyślać o ostatnim roku, pucharze Quidditcha. Nieoczekiwanie poczuł lekki opór. Zachwiał się lekko, ale utrzymał równowagę, czego nie można było powiedzieć o osobie, z którą się zderzył.
- Uważaj jak łazisz - warknął oschle, nie zerkając nawet na poszkodowanego. Po chwili do jego uszu dobiegł tak dobrze znany głos, który oznaczał tylko jedno - wojna rozpoczyna się na nowo.
Wróciła do lektury, jednak o dziwo nie mogła się skupić. Jej chaotyczne myśli wciąż krążyły wokół postaci przywódcy Slytherinu. Znudzona już gwarem i hukiem Wielkiej Sali, oznajmiła, że idzie do dormitorium. Wzięła tomiszcze i udając Dracona, z godną postawą skierowała się w stronę korytarza.
***
Do pierwszych zajęć, rozpoczynających oficjalnie ostatni rok jej nauki w Hogwarcie, zostało piętnaście minut. Kątem oka spojrzała na plan dzisiejszych zajęć i jęknęła. Dzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie. Zaczynał się od Eliksirów z nielubianym profesorem Snape'em, dodatkowo w towarzystwie wielu nielubianych Ślizgonów (w ogóle są jacyś lubiani? - pomyślała). Nie mogła się powstrzymać przed grymasem na twarzy, który zauważyła w lustrze. Wyrażał on niezadowolenie i potrzebę wewnętrznego buntu. Wielce zamyślona, z planu przerzuciła wzrok na Hogwarckie błonia. Krajobraz malujący się przed jej oczami był piękny i uspokajający. Wszystkie złe myśli wyparowały w jednej chwili. Wczesna jesień sprawiła, że błonia wyglądały wręcz cudownie. Wciąż nie mogła uwierzyć, że dwa dni temu wakacje się skończyły i znów tu wróciła. Mimo faktu, że to był jej ostatni rok w Hogwarcie, a zapowiadał się na naprawdę pracowity, była przyjaźnie do niego nastawiona.
Podświadomie uśmiechnęła się na wspomnienie Balu Bożonarodzeniowego. Właśnie wtedy, po raz pierwszy poczuła się jak prawdziwa kobieta. A wszystko przez jedną osobę, z którą widziała się tak krótko, a zmieniła jej całe życie.
Wiktor Krum.
Jako pierwszy zauważył w Hermionie coś, czego inni nie dostrzegali. Przystojny, wysportowany, z wielkim gronem adoratorek, a zwrócił uwagę na nią - na mola książkowego.
Spokojnie oparła głowę o zimną szybę w swoim dormitorium. Żałowała, że nie zabrał jej ze sobą. Jednak w sumie ciągle utrzymywali kontakt: pisała do niego wiele listów, i tyle samo ich otrzymywała od niego. Nie mogła zbytnio narzekać. Znalazła w nim swojego przyjaciela. Były takie noce, gdy rozmyślała nad nim - czy mógłby być dla niej kimś więcej? Potem jednak uświadamiała sobie, że sama w pewnym stopniu mu na to nie pozwoliła. On wyjechał, a ona nie dała mu powodów, by wrócił.
Z biegiem czasu zaczęła żałować, że to się tak potoczyło, ale nie potrafiła już tego zmienić.
- HERMIONA!
Z rozmyśleń wyrwał ją krzyk podenerwowanego Rona dobiegający z Pokoju Wspólnego. Szybko oderwała się od zaparowanej szyby i potrząsnęła lekko głową. Tym razem usłyszała słowa Harry'ego:
- Co ty tam robisz?! Szybko, bo zaraz spóźnimy się na zajęcia!
Chwila nostalgii minęła tak szybko jak się pojawiła. Wzięła do rąk najpotrzebniejsze rzeczy i wystrzeliła z sypialni niczym torpeda.
- Ostatni stawia piwo! - krzyknęła do zdezorientowanych chłopaków i już jej nie było.
***
Było już późne popołudnie, kiedy młody dziedzic niezliczonej fortuny rodziny Malfoy'ów przemierzał opustoszałe już korytarze Hogwartu. Dzisiejsze Eliksiry z Gryfonami były dla niego udręką. Cały czas nudna gadanina o różnych składnikach, które można znaleźć tylko w Zakazanym Lesie. "Po co to komu?!" - zastanawiał się. Mimo tego, humor lekko mu się poprawił, ponieważ ktoś z Gryfonów rozlał kocioł z niebezpiecznym eliksirem na nogę Snape'a. Znawca eliksirów wraz ze swoją dziesięć razy grubszą nogą odjął Gryffindorowi 50 punktów.
Cisza i spokój. Dwa słowa, które teraz najbardziej się dla niego liczyły. Nie zwracając uwagi na otoczenie, począł rozmyślać o ostatnim roku, pucharze Quidditcha. Nieoczekiwanie poczuł lekki opór. Zachwiał się lekko, ale utrzymał równowagę, czego nie można było powiedzieć o osobie, z którą się zderzył.
- Uważaj jak łazisz - warknął oschle, nie zerkając nawet na poszkodowanego. Po chwili do jego uszu dobiegł tak dobrze znany głos, który oznaczał tylko jedno - wojna rozpoczyna się na nowo.
